Niemiłowany idę drogą,
Idę sam jeden - bez nikogo,
Pełen żałości i goryczy
Idę bez celu sam i niczyj.
Złe niepokoje serce pieką,
Dom niedaleko, lecz daleko,
A ja tak smutnie i ubogo
Idę bez celu, idę drogą,
I niepotrzebny już nikomu
Idę i wracam - nie do domu.
Ileż mi życia pozostało?
Nie wiem. Za dużo czy za mało?
Śnieg jest na prawo i na lewo,
Na lewo słup, na prawo drzewo,
A ja tak idę sobie drogą
Niemiłowany przez nikogo.
Nikt mnie nie żegnał, nikt nie czeka,
I wisi ciemność niedaleka,
A ja, czekając aż się zmierzchnie,
Idę - poeta! Jak to śmiesznie...
Ach, jak gniewnie dzieją się dzieje,
Ach, jak rzewnie życie smutnieje!
Rośnie trawa, trawa przydrożna -
Czemu na niej usnąć nie można?
Rzeką płynie i szumi fala -
Czemu być nią los nie pozwala?
Gęsi krzyczą za smugą polną -
Czemu z nimi lecieć nie wolno?
Jak tu przetrwać w życia upływie?
Żyć tak trudno, tak nieszczęśliwie,
Czas miniony wrócić nie może...
Nigdy! Nigdy! O, Boże, Boże!