Zamykam oczy - czerwono mi,
Otwieram oczy i jest mi biało,
Wątły dzwonek u sanek brzmi
O tym wszystkim, co już przebrzmiało.
Spływa po nas wesoły mróz,
Szare konie parują w biegu,
Od szerokich, zjeżdżonych płóz
Dwie koleje biegną po śniegu.
Chmur leniwych rozległy cień
Nisko płynie po białych zboczach,
I odbija zimowy dzień
W twoich zimnych, kochanych oczach.
Tam mnie tulisz, tak o mnie dbasz,
Tam milczeniem cię niepokoję;
Marzną ręce, kostnieje twarz
I raduje się serce moje.
Tam przez wichry skoszony las
Na bezludnej przestrzeni leży;
Ach, jak żal mi, że oprócz nas
I dla innych ten dzień się śnieży.
Jeszcze mila i skręt, i most,
I ukażą się siwe brody;
Wielkoludy wyjdą na wprost
Szukać ludzkiej śród nas przygody.
To się zdarza śród górskich cisz:
Przestraszone parskają konie.
Czy nie wierzysz? Dlaczego drżysz?
Przecież ja cię zawsze obronię.
Wątły dzwonek pogodnie brzmi,
Dal wokoło szklista i biała -
Może dzisiaj opowiesz mi,
Kogoś jeszcze prócz mnie kochała?
Pobielały nasze kości
W niewesołej głębokości;
Czarna ziemia je wyłania
Dla przyszłego zmartwychwstania.
"Powiedz ty mi, kości biała,
Kto cię więził w mrokach ciała,
Kto swój los na tobie wspierał,
Kiedy żył i jak umierał?"
"Jestem czaszką pięknej panny,
Bladej panny, donny Anny,
Którą w lesie w chłodny ranek
Zamordował jej kochanek."
"Czy kochanka go zdradzała,
Powiedz, powiedz, czaszko biała?"
"Była wierna jak ten pierścień,
Który dała mu na szczęście."
"Niechaj Bóg ich dusze chroni!
Jam jest kością jego dłoni.
Owej dłoni, czaszko biała,
Która tobie cios zadała.
Oto nóż zdławiony w pięści,
Oto palec, oto pierścień,
Złoty pierścień Don Juana...
Wybacz, wybacz, ukochana!"
Pobielały nasze kości
W niewesołej głębokości;
Ciało cierpi i rozpacza,
Kość bieleje i przebacza,
Czarna ziemia ją wyłania
Dla przyszłego zmartwychwstania.