Maleńka moja księżniczko,
Nikt losu zmienić nie zdoła:
Znajomą wąską uliczką
Udamy się do kościoła.
Za nami pójdą dworzanie,
Książęta i ich kochanki,
Panowie możni i panie
Z Madrytu i z Salamanki.
I pójdą długą czeredą
Admirałowie Armady,
Astrologowie z Toledo,
I bakałarze z Grenady.
Dwór cały kornie uklęknie,
Ksiądz włoży srebrzystą komżę,
I pomyśl, jak będzie pięknie,
Gdy stułą nam ręce zwiąże.
A potem złotą karetą
Wrócimy do Escorialu;
Księżniczka z mężem - poetą,
Jak słońce z kroplą opalu.
Stu paziów tren twojej sukni
Poniesie na drżących rękach,
I będą paziowe smutni,
Księżniczko moja maleńka!
I tylko ja, twój małżonek,
Omdlewać będę z radości,
I w kryzach z białych koronek
Powitam weselnych gości.
Ty na swym tronie książęcym
Zasiądziesz dumna i biała,
Ażeby sto razy więcej
Uroda twoja jaśniała.
Sam cesarz i król ci złoży
W prezencie ślubnym Kastylię,
Z Wenecji wysłannik doży
Przywiezie ci srebrne lilie;
Król Francji da ci różaniec
Z diamentów czystych dobrany,
A młody car - samozwaniec -
Dwa sobolowe kaftany;
Królowie polski i szwedzki
I Kurf?rst, i Ojciec Święty,
I szach, i sułtan turecki
Przyślą ci cenne prezenty.
Ty lubisz siedząc na tronie
Jedwabiom, drogim kamyczkom
Przyglądać się, brać je w dłonie,
Maleńka moja księżniczko.
Po uczcie wszystkie podarki
Zaniosą do twej sypialni,
Kastylskie młode harfiarki
Zagrają ci pożegnalnie.
Frejliny i damy dworu
Rozplotą twe wonne włosy,
I z ciasnych sukien rozbiorą,
I do łożnicy zaniosą.
Ustami usta twe musnę,
I musnę cudne twe liczko,
I w twoich ramionach usnę,
Maleńka moja księżniczko.
Nazajutrz znów jak codziennie
Uklęknę przy tobie blady,
I będę kochał niezmiennie,
I oto koniec ballady.
Lat temu trzysta na pewno
Byłoby tak, nie inaczej.
A dziś, maleńka królewno,
Z tęsknoty za tobą płaczę.
I kocham ciebie daremnie,
I łzy mych ran nie zagoją;
Szczęśliwa jesteś beze mnie,
I żoną jesteś - nie moją.
Lecz jutro znów jak codziennie
Uklęknę przy tobie blady,
I będę kochał niezmiennie,
I to już koniec ballady.
Kiedy miedzianą rdzą
Pożółkłych jesiennych liści więdną obłoki,
Zgadujemy, czego od nas obłoki chcą,
Smutniejące w dali swojej wysokiej.
Na siwych puklach układa się babie lato,
Na grobach lampy migocą umarłym duszom,
Już niedługo, niedługo czekać nam na to,
Już i nasze dusze ku tym lampom wkrótce wyruszą.
Jeżeli życie jest nicią - można przeciąć tę nić,
I odpłynąć na obłoku niby na srebrnej tratwie...
Ach, jak łatwo, ach, jak łatwo byłoby żyć,
Gdyby nie żyć było jeszcze łatwiej!