Jest nas troje: ja i oczy moje,
Spoglądamy ku sobie samotrzeć;
Tak się chłodu twego serca boję,
Nie wiem, jak do ciebie dotrzeć.
Zawładnęły życiem moim zmory
I trucizny mieszkają w mym chlebie;
Jestem chory, jestem bardzo chory
Na istnienie bez ciebie.
Dzień się za dnia między nami mroczy,
Noc nie dnieje nigdy między nami,
Siedzę obok, patrzę w twoje oczy,
A ty jesteś za górami, za lasami!
Ach, jak gniewnie dzieją się dzieje,
Ach, jak rzewnie życie smutnieje!
Rośnie trawa, trawa przydrożna -
Czemu na niej usnąć nie można?
Rzeką płynie i szumi fala -
Czemu być nią los nie pozwala?
Gęsi krzyczą za smugą polną -
Czemu z nimi lecieć nie wolno?
Jak tu przetrwać w życia upływie?
Żyć tak trudno, tak nieszczęśliwie,
Czas miniony wrócić nie może...
Nigdy! Nigdy! O, Boże, Boże!
Mój duch wysokopienny w małość popadł -
A nie masz wyjścia z małości;
Za lasem się rozlega jazgot łopat,
Co kopią grób dla mych kości.
Przyjdź, moja miła, przyjdź i łzami swemi
Pożegnaj mnie do ostatka.
Czas mi odpocząć wreszcie w czarnej ziemi,
Gdzie jest mój ojciec i matka.
Odtrącą mnie po śmierci inne duchy,
Wiecznością nikt nie ugości,
Bo nawet śmierć mam małą, jak śmierć muchy -
A nie masz wyjścia z małości!