Pobielały nasze kości
W niewesołej głębokości;
Czarna ziemia je wyłania
Dla przyszłego zmartwychwstania.
"Powiedz ty mi, kości biała,
Kto cię więził w mrokach ciała,
Kto swój los na tobie wspierał,
Kiedy żył i jak umierał?"
"Jestem czaszką pięknej panny,
Bladej panny, donny Anny,
Którą w lesie w chłodny ranek
Zamordował jej kochanek."
"Czy kochanka go zdradzała,
Powiedz, powiedz, czaszko biała?"
"Była wierna jak ten pierścień,
Który dała mu na szczęście."
"Niechaj Bóg ich dusze chroni!
Jam jest kością jego dłoni.
Owej dłoni, czaszko biała,
Która tobie cios zadała.
Oto nóż zdławiony w pięści,
Oto palec, oto pierścień,
Złoty pierścień Don Juana...
Wybacz, wybacz, ukochana!"
Pobielały nasze kości
W niewesołej głębokości;
Ciało cierpi i rozpacza,
Kość bieleje i przebacza,
Czarna ziemia ją wyłania
Dla przyszłego zmartwychwstania.
Jak zgaszone świece, dwie woskowe zmory,
Spoglądamy w senne jesienne wieczory;
Dwa skostniałe serca, dwie spłoszone twarze,
Zanim drgną powieki - księżyc się ukaże.
Trzeba wiernie kochać i bezmiernie wierzyć,
Na to, by w miłości wszystkie klęski przeżyć.
Lalko, moja lalko, powleczona woskiem,
Kocham rozpaczliwie ręce twoje boskie,
Wierzę w twoje serce zawczasu wystygłe,
W pierś woskową wbijam nieomylną igłę,
I choć trwamy nadal niezmienni i chłodni,
Trwoży mnie wymyślność urojonej zbrodni.
Lalko, moja lalko, po to cię przekłułem,
Byś mnie zachowała w sercu swym nieczułym.
Milczą korytarze, nisze i krużganki,
Milczą blade wargi zabitej kochanki;
Urok czarnoksięski zaskoczył ją we śnie.
Sen nie dokończony urwał się boleśnie.
Lalko, moja lalko, wydarta niebytom,
Ciebie przecież kocham - nie tamtą, zabitą,
Tamta już umarła, tamta leży w trumnie
I swój cień woskowy zostawiła u mnie.