Kochana, jeśli możesz zdzierżyć, proszę - zdzierż,
Bo chciałbym, zanim drzemkę wiekuistą utnę,
Napisać ci liryczny pożegnalny wiersz,
A liryki są zawsze odrobinę smutne.
Wolałbym cię rozśmieszyć, ale nie mam czym,
Choć uśmiech na twej twarzy jest rzeczą najmilszą;
Widać odbiegł mnie płochy i wesoły rym,
Struny beztroskiej lutni pozrywane milczą.
Zresztą lirykę moją nie od dzisiaj znasz -
Była ona przed laty zanadto laurowa,
Dzisiaj spuściłem z tonu, chcę zachować twarz,
A gdy się kończą żarty, płyną prostsze słowa.
Prostym słowom z kolei towarzyszy żart
I lepiej go lirycznym nie obarczać smutkiem,
Nam godzi się zachować pogodę i hart -
Każde życie się kończy, życie takie krótkie...
Widzisz, sam sobie przeczę. I ty sobie przecz,
Gdy serce moje nagle o północy uśnie;
Pomyśl: "To taka zwykła, naturalna rzecz."
I liryka się zmieni w obopólny uśmiech.
Pobielały nasze kości
W niewesołej głębokości;
Czarna ziemia je wyłania
Dla przyszłego zmartwychwstania.
"Powiedz ty mi, kości biała,
Kto cię więził w mrokach ciała,
Kto swój los na tobie wspierał,
Kiedy żył i jak umierał?"
"Jestem czaszką pięknej panny,
Bladej panny, donny Anny,
Którą w lesie w chłodny ranek
Zamordował jej kochanek."
"Czy kochanka go zdradzała,
Powiedz, powiedz, czaszko biała?"
"Była wierna jak ten pierścień,
Który dała mu na szczęście."
"Niechaj Bóg ich dusze chroni!
Jam jest kością jego dłoni.
Owej dłoni, czaszko biała,
Która tobie cios zadała.
Oto nóż zdławiony w pięści,
Oto palec, oto pierścień,
Złoty pierścień Don Juana...
Wybacz, wybacz, ukochana!"
Pobielały nasze kości
W niewesołej głębokości;
Ciało cierpi i rozpacza,
Kość bieleje i przebacza,
Czarna ziemia ją wyłania
Dla przyszłego zmartwychwstania.